Jako osoba niechętna jakimkolwiek wyjazdom (ale za to mająca przywilej mieszkać w wyjątkowo urokliwym miejscu) nigdy nie rozumiałam znajomych którzy co sezon wpadają w szaleństwo jakby obowiązku wybrania się gdziekolwiek na urlop. Cóż może dać mi zwłaszcza jakaś Warszawa, Kraków czy nawet doceniany przeze mnie Wrocław? Hostel przepełniony hałaśliwą młodzieżą, korki, tłumy i od biedy kilka zabytków, które z bez problemu mogę pooglądać sobie w internecie. Ale jednak przyjaciele zagadują – czy wybierasz się gdzieś w tym roku, czy masz już zarezerwowane noclegi? A może słyszałaś o akcji tanie spanie? Wrocław, Kraków, czy Warszawa... żeby nie było – miasta przeze mnie odwiedzone, mogą się podobać, ale niewątpliwie nie takiej leśnej wiewiórce jak ja. Dlaczego w takim razie nie pojadę gdzieś, gdzie otoczy mnie przyroda? Być może dlatego, że cenię sobie dom, swoje cztery kąty, własną poduszkę i ulubiony dywan, czego nie zastąpi mi żaden obcy pensjonat, choćby miał być tylko na chwilę. W najbliższe wakacje znów wyłożę się na kocu we własnym sadzie i będę liczyć chmurki na niebie, korzystając z promyków słońca. To co nie ma ceny, bywa na ogół za darmo.